„Marek Antoni Terlecki – neoromantyk?”

0
177
GAIA

Dwieście lat temu ukazały się w Wilnie „Ballady i romanse” Adama Mickiewicza – dzieło, które wyznaczyło początek polskiego romantyzmu, a dwadzieścia lat temu, dokładnie w lipcu, w Dyniskach, około 60 kilometrów od Zamościa, odbywał się I Ogólnopolski Plener Malarski im. Artura Grottgera. Mówię o tym teraz – w Roku Polskiego Romantyzmu dlatego, że w Zamojskiej Galerii BWA można oglądać retrospektywną wystawę malarstwa Marka Antoniego Terleckiego – komisarza i uczestnika grottgerowskich plenerów, który odszedł dwa lata temu, w dniu swoich sześćdziesiątych dziewiątych urodzin.

Marek Terlecki był zafascynowany twórczością naszego wielkiego romantyka, który latem przez kilka tygodni 1866 roku gościł w Dyniskach – w dworze Skolimowskich. Tu – pod słynną sosną – miały miejsce jego romantyczne spotkania z narzeczoną Wandą Monné.  I to właśnie w Dyniskach artysta rozpoczął swój ostatni rysunkowy cykl pt. „Wojna”, ukończony w Paryżu rok później. Cykl dedykował swojej narzeczonej, która pojawia się  w „Wojnie” jako Beatrycze, towarzyszka artysty we wspólnej wędrówce przez ziemski „padół płaczu”. Artur Grottger, uczeń Juliusza Kossaka, zasłynął przede wszystkim jako ilustrator i rysownik – autor dzieł stworzonych pod wpływem wypadków warszawskich poprzedzających wybuch powstania styczniowego i potem scen powstańczych, które stały się ponadczasowym protestem przeciw wojnie i wszelkiej przemocy. Romantyk i realista – dzięki sugestywnie odtworzonym obrazom  – wywarł wpływ na polską świadomość narodową. Zdziwienie może budzić fakt, że jego rysunkowe cykle: „Warszawa I”, „Warszawa II”, „Polonia” „Lituania” i „Wojna” powstały na ciemnożółtych kartonach niewielkiego formatu jedynie z użyciem czarnej i białej kredki. Artysta, nie będąc świadkiem tamtych wydarzeń, odtwarzał je na podstawie prasowych doniesień i relacji uczestników. Powielanie obrazów w znanych wówczas fotograficznych technikach reprodukcji, mimo cenzury, przyczyniło się do szerokiego ich rozpowszechnienia.

Cykle rysunkowe to niewątpliwie najważniejsza część twórczości Artura Grottgera, tak jak niezmiernie ważne w twórczości Marka Terleckiego są Grottgeryana – pokłosie plenerów w Dyniskach. Jednak w przypadku naszego zamojskiego twórcy o wiele ważniejsze wydają się być te dzieła, które zawierają motywy z rodzinnego, ukochanego miasta i z Roztocza – z miejsc, z którymi Marek będzie już na zawsze utożsamiany.
          

Terlecki żył sztuką i dla sztuki. Ogromne płótna, o niezwykłej różnorodności tematów, malowane z dużym rozmachem – eksponowane teraz w Zamojskiej Galerii – dowodzą, że artysta tworzył z tego, co go otaczało; nie interpretował zjawisk  – jak kiedyś powiedział w jednym z wywiadów – pokazywał to, co dzieje się w sercach i umysłach ludzi, ale nie dosłownie – przez pryzmat własnej, bogatej – prawie romantycznej – wyobraźni. A ta wyobraźnia szła zawsze w parze z niezwykłym zmysłem obserwacji, z abstrakcyjnym myśleniem, z literacką wrażliwością, ujawniającą się w jego znanych sytuacyjnych aforyzmach, purnonsensach i kalamburach. Podobnie jak Grottger stał się Terlecki w pewien sposób kronikarzem swego czasu – czasu szczęśliwego, w którym nie było jeszcze pandemii i wojny – czasu, który przeminął jemu i nam zdecydowanie za szybko. Napisano kiedyś o artyście, że balansuje na niewidocznej linie – na granicy pomiędzy tym, co normalne i rozumiane przez nas samych, a tym, co wymyka się spod kontroli naszego rozumu, szukając gdzieś miejsca dla siebie. Czy zdążył je znaleźć?
                

Marek Terlecki nie miał artystycznego wykształcenia, gdyż nigdy nie potrafił zmieścić się w szkolnych ramach. Miał talent. Swój warsztat doskonalił sam; wielu zarzuca mu dostrzegalny brak akademickiego przygotowania. Poprawność warsztatową zawdzięczał – jak mówił – Stanisławowi Popkowi, z którym zetknął się w czasie „prób” swej szkolnej, artystycznej edukacji.  Terlecki pozostawał człowiekiem wolnym i może to właśnie spowodowało, że jego sztuka jest tak wielowątkowa i bogata zarówno pod względem formy jak i treści. O jego romantycznej wyobraźni można z powodzeniem mówić właśnie teraz, gdy dowodem na jej istnienie są dzieła zgromadzone na retrospektywnej wystawie twórczości, prezentowanej w Zamojskiej Galerii, w drugą rocznicę śmierci artysty, akurat w Roku Romantyzmu Polskiego. Echa tamtej epoki skrywają się gdzieś dyskretnie w świetlnych kontrastach, w wizerunkach wspiętych koni o falujących grzywach
i rozwartych chrapach, w metafizycznych wizjach z zaskakującym doborem motywów, zamkniętych w „Klatkach na zmysły” czy w podłuczach triumfalnych łuków. Mamy teraz okazję, by przyjrzeć się z bliska jego Grottgeryanom, wykonywanym na kartonach, których kształt  przypomina kompozycje z rysunkowych serii romantycznego mistrza. W każdym z prezentowanych obrazów, powstających na plenerach w Dyniskach, czytelny jest styl Terleckiego, łączący realizm z jego neoromantyczną wizją, naśladujący momentami styl Grottgera. W obrazach o dużej różnorodności motywów, w wizjonerskich zestawieniach, nie mogło zabraknąć wizerunków portretowych malarza i jego muzy Wandy Monné, motywów z obrazów, a także odniesień do współczesnej historii. W „Piecie Katyńskiej” Terlecki sięgnął do Michała Anioła, a „Pierwsza ofiara”, znana nam z  cyklu „Warszawa I”, powraca jako zjawia po stu dwudziestu latach  w„Pacyfikacji kopalni Wujek”.
          

Romantyczny duch Marka Terleckiego pozostał nie tylko w Dyniskach, a może zwłaszcza tam, razem z duchem Grottgera? Ale mam wrażenie, że choć Marka nie ma już „cieleśnie” tu – w obrębie zamojskiego Rynku –  to jednak ten jego duch jest na stałe – na „Ulicach i placach Zamościa”. Może jest tym narowistym koniem z ulicy Pereca, albo czarnym krukiem z ulicy Żeromskiego?  Na pogrzebie artysty w katedrze zamojskiej, ksiądz Wiesław Mokrzycki – proboszcz parafii św. Antoniego w Dyniskach Górnych i współtwórca grottgerowskich plenerów – zaznaczył, że Terlecki „zapisał się w realiach życia tamtejszej społeczności”. Pozostał w obrazach – dwa znajdują się w tamtejszym kościele i są bardzo autentyczne – jak zaznaczył ksiądz – bo są wyrazem poszukiwania Boga. Marek Terlecki wciąż poszukiwał. Czy odnalazł?  Czy doświadczył obecności Absolutu wtedy tutaj  i teraz tam, poza naszym światem? Możemy jedynie domyślać się, patrząc na jego ogromne płótna, które mają tę wielką moc – zaklętą w obrazie – moc przenoszenia poza czas
i przestrzeń.

                                                                        

                                                                          Tekst: Izabela Winiewicz-Cybulska
                                                                          Fotografie: Henryk Szkutnik

 

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments