Jeszcze nie tak dawno…

2
1733
Fot. Bartosz Stachowiak
Fot. Bartosz Stachowiak

Fot. Bartosz Stachowiak

Jeszcze nie tak dawno…

Czas Bożego Narodzenia w zapiskach Franciszka Pokryszki, mieszkańca Ząbkowic Śląskich pochodzącego z Wierzbia (gm. Łabunie).

WIGILIA

Ostatnie dni przed świętami to wytężona praca przygotowania karmy dla inwentarza żywego. Gospodynie przystrajały mieszkanie, piekły, gotowały strawy na Wigilię i okres świąteczny. Gdy zapadał wieczór wigilijny gospodarz z synami przynosił do mieszkania wiązkę siana, snop pszenicy zwany „królem”. Wchodząc pozdrawiał żonę [słowami] „na szczęście i zdrowie z Wiliją”. Żona odpowiadała: „Daj nam Boże ten rok sprowadzić i szczęśliwie drugiego doczekać”. Na stół suto kładło się siano, słomę ścieliło się w izbie, a snop „króla” w kącie izby. W nim przechowywało się opłatek. Zapalało się świeczki na choince. Gospodarz przygotował kawałki opłatka, tyle ilu było uczestników Wieczerzy, plus jeden. Podchodził kolejno do żony i po starszyźnie do domowników i składał życzenia. Życzenia składało się i łamało opłatek każdy z każdym. Na stół nakryty białym obrusem kładło się talerze plus jeden dla ewentualnego gościa. Wieczerza wigilijna nazywała się „Pośnik” [postnik]. Obowiązywał ścisły post.

Kolejność potraw w naszym domu była następująca:

Barszcz czerwony z uszkami grzybowymi, kapusta z grochem okraszona olejem, ryba smażona (karp) lub śledzie marynowane, gołąbki ryżowe z grzybami zawijane w liście kiszonej kapusty, kutia – pszenica odłuszczona, gotowana i przyrządzona z miodem, makiem i bakaliami, małe pierożki pieczone z nadzieniem: jabłkowym, gruszkowym, śliwkowym lub grzybowym, kompot nazywany „Juszko” [Juszka] z suszonych owoców, w których dominował smak suszonych wędzonych śliwek.

Do wieczerzy wigilijnej w naszym domu nie podawano alkoholu. Po wieczerzy następowało rodzinne kolędowanie. A potem wyjście na Pasterkę. Dzieciarnia spała na słomie.

W wigilijny dzień istniał przesąd, że rano pierwsze widzenie mężczyzny przynosi szczęście. Stąd kobiety unikały rannych wizyt lub ukazywania się rano na ulicy. Istniał też zwyczaj zobowiązania jabłoni do owocowania. Ten zwyczaj był powszechny na Majdanie Ruszowskim, Polanach, Romanówce, itp. Dwaj mężczyźni, jeden z siekierą, podchodzili do jabłoni i pytał jeden: „Czy będziesz rodzić jabłka? – bo cię zetnę”. Drugi odpowiadał: „Będę rodzić tych jabłuszek pełne kosze i w fartuszek”. Na znak tego zobowiązania okręcał pień jabłoni powrósłem.

***

W dzień Bożego Narodzenia obok „Pochwalonki” pozdrawiało się po wejściu do mieszkania [formułą] „Na szczęście, na zdrowie z Bożym Narodzeniem”. Ta formuła powtarzała się na świętego Szczepana, św. Jana, Nowy Rok i na Trzech Króli. Boże Narodzenie obchodzono uroczyście i z wielką powagą. Dzień ten poświęcano życiu rodziny. Nie składało się wizyt, odwiedzin. Niechętnie przyjmowano kolędników. Do kościoła szli ci, co nie byli na Pasterce. Kolędowało się rodzinnie, świeciła choinka, a dzieci baraszkowały na słomie. Słoma i siano symbolizowały „Stajenkę Betlejemską”. W drugi dzień świąt na Świętego Szczepana, rano ojciec zbierał siano ze stołu i spod stołu. Wiązał. Okroił tyle kromek chleba ile było sztuk bydła i koni w każdą kromkę chleba wkładał kawałek opłatka i zanosił do obory i stajni. Tam każda sztuka dostała kromkę i siano z wigilijnego stołu.

Rano po domach chodzili „Szczodraki” byli to młodzi chłopcy. Przychodzili, od progu „Pochwalonka”, formuła „Na szczęście, na zdrowie ze świętym Szczepanem”, rzucili kilka ziaren pszenicy i recytowali:

Jestem sobie Szczodraczek, kołaczek

Wlazłem sobie na krzaczek

Z krzaczka spadłem w wodę

Skręciłem sobie nogę

Byłem w kościele

Widziałem anielskie wesele

Najświętsza Panienka

Porodziła Synka

W pieluszki powiła, ja te pieluszki roznoszę

A was państwo o kolędę proszę”

Szczodrak dostawał poczęstunek i kilka groszy. Obowiązkowo szczodraki odwiedzali swoich chrzestnych, tu datek i poczęstunek były hojniejsze.

Po sumie w kościele w Łabuniach był obyczaj obsypywania się owsem. Miało to przypominać męczeńską śmierć św. Szczepana przez ukamienowanie. Tu wyżywała się dorosła młodzież męska nie szczędząc owsa na obsypywanie dziewcząt. Zdarzały się przypadki złośliwości i dodawania do owsa ościstych plew i obsypywania wyniosłych, pysznych dziewcząt. W ten dzień odwiedzano się rodzinie. Składano wizyty i hojnie się ugaszczano. W wieczór wokół rozbrzmiewały kolędy. Grupki chłopców kolędników podchodziły pod okno i pytały się o zgodę kolędowania. To pytanie brzmiało: „Panie gospodarzu, Pani Gospodyni zwola, czy nie zwola wesoło wam być?”, gdy odpowiedź była „zwola”, śpiewano jedną lub dwie kolędy. Datek był kilkugroszowy, a czasem dawano poczęstunek. Ten świąteczny nastrój udzielał się na św. Jana chociaż nie był to dzień świąteczny – ludzie szli do kościoła na mszę świętą, a po mszy wierni byli częstowani winem przez kapłana. Ten dzień był traktowany przez ludność jako trzeci dzień świąt, a wieczorem chodzili kolędnicy…

Franciszek Pokryszka (1921 r.), członek Drużyny Harcerskiej im. płk. Leopolda Lisa-Kuli przy Szkole Podstawowej w Łabuniach w latach 1933-1935, Kawaler Orderu Virtuti Militari.

a dziś… coraz mniej tradycyjna tradycja…

spisał Piotr Piela

Biblioteka Publiczna Gminy Łabunie

2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Zosia

Piekne stare Pokskie tradycje .Szkoda że odchodza w zapomnienie

Anonimowo

Pamiętam to wszystko,czytałam ze wzruszeniem.Wspomnienia dotyczą moich rodzinnych stron.Pozdrawiam wszystkich znajomych i życzę WESOŁYCH ŚWIĄT.!!!