Wciąż nic nie jest w porządku

25 sierpnia w Krasnobrodzkim Domu Kultury odbyło się – w ramach XI Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej PER ARTEM AD ASTRA – spotkanie autorskie z Krzesimirem Dębskim, autorem książki „Nic nie jest w porządku. Wołyń Moja rodzinna historia”. Dzień wcześniej wyświetlono Wołyń Wojciecha Smarzowskiego. Temat rzezi wołyńskiej, nienazwanego ludobójstwa porusza i wzrusza, budzi skrajne reakcje, ale wciąż zdaje się być spychany na margines niepamięci, a pamiętających jest coraz mniej. Krzesimir Dębski jest, jak pisze, „ostatnim strażnikiem pamięci wołyńskiej historii swojej rodziny”. Każda rodzina powinna mieć takiego strażnika. „Ze względu na przyszłość nie zapominajmy o trudnej przeszłości.”
Autor, polski kompozytor i dyrygent, znany głównie jako autor muzyki filmowej do popularnych filmów i seriali, takich jak „Kingsajz”, „Złotopolscy”, „Ogniem i mieczem”, ”W pustyni i puszczy”, pisze o zbrodni ludobójstwa na Wołyniu przywołując relacje świadków, których wspomnienia zapisał jego ojciec Włodzimierz Sławosz Dębski w książce [również wartej uwagi] „Było sobie miasteczko. Opowieść Wołyńska”. „Mój ojciec miał genialną pamięć. To dar i przekleństwo jednocześnie…”. Dzięki tym świadectwom oraz przedstawieniu obecnej polityki władz Polski i Ukrainy w kwestii rzezi wołyńskiej powstała książka opisująca wciąż nie rozliczoną historię.
Historia rodziny Dębskich (choć prywatna) jest historią tysięcy (dziesiątków tysięcy) Polaków, zamordowanych przez Ukraińców. Nic nie jest w porządku… to opowieść o ludobójstwie i ucieczce rodziców autora do Polski, o ich losach w okresie PRL i poszukiwaniu sprawców śmierci dziadków. O spotkaniu z mordercą… Słowa dopełniają zdjęcia z rodzinnego albumu. Biało-czerwona okładka z mrocznym lasem jest dość czytelną aluzją do polskiej flagi. Biel symbolizująca niewinność ofiar i czerwień jako symbol krwi – polskiej krwi, której na Wołyniu przelano wiele. Książka choć niewielka, niesie w sobie duży ładunek emocjonalny, niczym „Małą zagładę” Anny Janko, czyta się ją szybko i pamięta długo.
Krasnobrodzkie spotkanie nie było zwykłą prezentacją książki, można ją było kupić i uzupełnić o autograf, ale to autor był głównym bohaterem. Poruszający monolog sceniczny Dębskiego nie pozostawia złudzeń, zasmuca – bo historia lubi się powtarzać. Polacy nie umieją wyciągać wniosków? Spomiędzy słów dało się wyłowić aluzje do obecnej (niepokojącej) sytuacji politycznej – rodzimej i sąsiedzkiej. Trochę zabrakło czasu na pytania inne niż „prymitywne warszawskie”, ale usprawiedliwieniem mógł być koncert plenerowy nad zalewem. Mimo wszystko warto prowadzić dialog, warto uczyć historii… ale tylko tej prawdziwej. Zbyt rzadko się o nią upominamy. Miejmy odwagę.
Książka Krzesimira Dębskiego zaczyna się od Krwawej Niedzieli. 11 lipca 1943 r. ukraińscy nacjonaliści zaatakowali Polaków w domach i kościołach. W jednym z takich kościołów, w Kisielinie, znajdowali się rodzice autora. Udało im się przeżyć, gdyż wraz z kilkunastoma osobami stawili opór atakom Ukraińców, kryjąc się w budynku plebanii. Dziadkowie autora zginęli… nieco później. Leopold Dębski był lekarzem, leczył Ukraińców często za darmo, przyjął wiele porodów. Zginął, z rąk tych, których przyjął na świat, wraz z żoną. Zamordowali ich znajomi, ukraińscy nacjonaliści. Nie od dziś wiadomo, że mordercami nie były przypadkowe hordy bandytów, ale najbliżsi sąsiedzi. Niekiedy członkowie rodziny. „Szatan ludziom w głowach pomieszał”. Nie wszyscy jednak ulegli – byli i wśród Ukraińców „sprawiedliwi wśród narodów świata”, którzy z narażeniem własnego życia pomagali, ratowali Polaków. Im też należy się pamięć.
Rodzinną historię kończy odautorski polityczny komentarz dotyczący rzezi wołyńskiej. Krzesimir Dębski rozlicza się w nim z obojętnością i milczeniem. Wskazuje konkretne przykłady, gdy w imię prywatnych interesów i ignorancji pomijano sprawę mordu. Autor nie potrafi przejść obojętnie wobec postawy „to historia, nie zajmujmy się nią, zostańmy przy swojej opinii”. Sprzeciwia się relatywizowaniu i zakłamywaniu historii Wołynia. Mówił o tym również piątkowego wieczoru. Niewiele się zmieniło – taki tytuł mogłaby mieć kolejna książka. Nacjonalizm staje się znów modny, 35% młodych Ukraińców uznaje Banderę za bohatera narodowego, ale czy znają jego teksty – pytał retorycznie autor. Flagi banderowskie powiewają coraz śmielej, wiatr historii brzmi coraz bardziej złowrogo…
Nic nie jest w porządku to rozliczenie Krzesimira Dębskiego z rodzinną przeszłością, ale także wołanie o zbiorową pamięć dla ofiar zbrodni. Dzięki filmowi Smarzowskiego ta część historii stała się dość głośna i publiczna, ale o rzezi na Ukrainie nie mówi się wcale, lub mówi nieprawdę, obarczając odpowiedzialnością Polaków.
Nic nie jest w porządku – brzmi dość złowieszczo, budzi obawy, rodzi pytania o najbliższe dni, lata – Może jednak kiedyś będzie… to dużej mierze zależy od obu stron, przede wszystkim od edukacji młodego pokolenia, od rzetelnego opracowania tematu – nacjonalizm (również polski, czasem mylony z patriotyzmem) to zaraza, która znów może wyrządzić spustoszenie na niewyobrażalną skalę… [może nie jest za późno?]. Za dużo pytań…
Piotr Piela

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments