Czas rozrywki i odpoczynku w ziemiańskim dworze przełomu wieków

0
1431
Spotkanie towarzyskie w Dzbelinie /źródło Teatr NN

Wiek XIX przyniósł znaczne zmiany w sposobie spędzania wolnego czasu. W dużej mierze przyczyniły się do tego nowe wynalazki techniczne, jak kino, patefon czy radio. Podziały stanowe nie były już barierą nie do przejścia, wyznacznikiem przynależności do towarzystwa było odpowiednie wychowanie i maniery. Na wsi jednak zmiany zachodziły wolniej. Krąg ziemiaństwa był bowiem środowiskiem mocno przywiązanym do tradycji i takie formy spędzania wolnego czasu tam dominowały. Nowe warunki tak społeczne, jak i ekonomiczne wymagały też, aby zostały wypracowane nowe zasady obyczajowe.

Życie towarzyskie opierało się przede wszystkim na instytucji wizyt. Te spotkania dzieliły się jeszcze na: proszony obiad, podwieczorek, wizytę rodzinną, kondolencyjną, poślubną, rewizytę czy wizytę obowiązkową. Wszystko zależało od tego jakie osoby się spotykały, celu ich wizyty i okoliczności towarzyszących. Na to, jak często się odwiedzano, wpływał rytm postu i karnawału oraz bardzo często pogoda. Gdy księżyc osiągał pełnię wzrastała liczba spotkań i wieczorków, które mogły trwać do późna w nocy gdyż światło księżyca oświetlało drogę powrotną. Przeszkodą natomiast były wiosenne roztopy i jesienne słoty, gdy drogi zamieniały się w „błotne jeziora”. Dużo też zależało od sytuacji politycznej, w okresie żałoby narodowej, w latach popowstaniowych nie wypadało po prostu urządzać hucznych spotkań. Aby móc bywać należało uzyskać coś w rodzaju „indygenatu towarzyskiego”. Dostanie się osoby z zewnątrz do towarzystwa, bez wprowadzenia przez kogoś lub bez choćby pośredniej znajomości z gospodarzami, było prawie niemożliwe. Zasadniczo drzwi domu były otwarte zawsze dla rodziny i ich przyjaciół. Gdy znajomość krewnego z gospodarzami nie była osobista wystarczyło ustalić „więzy krwi”. Ponieważ kwestie genealogiczne były bardzo dobrze znane, ustalenie stopnia pokrewieństwa czy powinowactwa nie nastręczało żadnych trudności. Jeżeli osoba wprowadzana do towarzystwa była spoza rodziny, musiała wykazać się rekomendacją, pisemną bądź ustną jednego z przyjaciół domu. Osoba wprowadzająca brała pełną odpowiedzialność za wprowadzanego. To jednak nie wystarczało do dopuszczenia do kręgu znajomych. Osoba ubiegająca się o przyjęcie do towarzystwa musiała zdać swego rodzaju egzamin z ogłady, dobrych manier i umiejętności prowadzenia konwersacji. Jeżeli towarzystwo uznało taką osobę za „godną” tego zaszczytu w krótkim czasie składano jej tzw. rewizytę. Od tej pory osoba taka mogła „bywać”.

Spotkania towarzyskie mogły odbywać się w każdym dniu tygodnia, jednak największe ich nasilenie przypadało na jego koniec, gdy to pan domu dysponował większą ilością wolnego czasu. Zasadniczo wykształcił się zwyczaj uprzedzania o wizytach, jednak w dworach, gdzie panowała „staropolska gościnność”, nie był on przestrzegany.

Do najbardziej uroczystych wydarzeń życia towarzyskiego należały bale, rauty i uroczyste obiady. Organizowane z reguły przy okazji jakiś ważnych uroczystości rodzinnych jak śluby, chrzciny, jubileusze małżeńskie. Konstanty Rostworowski tak pisze o owych uroczystościach: Chrzciny, pogrzeby i wesela były też miejscem spotkań towarzyskich. Były to najatrakcyjniejsze punkty kalendarza towarzyskiego. W okresie omawianym w niniejszej pracy straciły one na wystawności, ze względu na żałobę narodową po powstaniu styczniowym, starano się zastępować je mniej hucznymi spotkaniami towarzyskimi. We dworze w Woli Gałęzowskiej tańczono wszystkie tańce polskie i obce, ludowe i salonowe, nie pomijając nawet starego kontredansa. Na początku dwudziestego wieku bale także odbywały się dość często, tak jeden z nich wspomina Wojciech Doliński – Zanim ruszono do tańca goście rozeszli się po parku i na mostek nad kanałem koło stawów. Nagle wyśmienita orkiestra braci Blumów z Zamościa zagrała walca i wszyscy, tam gdzie byli, zaczęli tańczyć – pośród drzew parkowych i trawników, wśród kwietników pełnych róż, goździków i zapachu lewkonii, zroszonych nocną rosą. Tańczono wszędzie wśród letniej nocy: w sali balowej pobliskiego dworu i na dworze, wśród drzew, do samego rana.

Inną formą spędzania wolnego czasu były gry towarzyskie, szczególnie gra w karty. W wieku XIX królował, przywieziony z Paryża, bezik i wist, który był podobny nieco do późniejszego brydża. Wiek XX to niezaprzeczalne panowanie brydża, którego jedyną wadą było wymaganie do gry 4 osób. Gra w karty stanowiła rozrywkę nie tylko dla mężczyzn, oddawały się jej i panie. Gry hazardowe była to już rozrywka typowo męska. Panie oddawały się lekturze książek, najchętniej czytane były romanse, ale nie tylko, czytywano powieści, poezje, panie ulubione fragmenty przepisywały do specjalnych pamiętników tzw. sztambuchów.

Dwory hołdujące staropolskiemu obyczajowi, szczególnie w okresie letnim pełne były gości. Tak wspomina to Zofia z Lewickich Nowacka – Goście przewijali się przez Ławki przez całe lato. Okolica jest piękna i już wtedy warszawiacy odkrywali Podlasie jako miejsce, gdzie można za niewielkie pieniądze odpocząć. Tylko, że w Ławkach nikt za nic nie brał ani grosza. Pomimo pewnych trudów ponoszonych przez przyjmowanie gości, zawsze byli oni mile widziani, gdyż byli niezastąpionym źródłem informacji. Można było usłyszeć ostatnie anegdoty i ploteczki, nowinki o trendach i modach lansowanych przez elity towarzyskie. Obowiązkiem gospodarza było zapewnić gościom wygodę i komfort, gość zaś, szczególnie jeśli jego pobyt był dłuższy zobowiązany był do przestrzegania zasad panujących w domu gospodarzy. Aby odwiedziny były udane należało także wymierzyć odpowiednio czas ich trwania.

W Woli Gałęzowskiej instrumentem muzycznym, który królował w salonie albo innymi słowy w bawialni był fortepian, na którym grywano do tańca na balach, ale i grywano pieśni patriotyczne. Muzyka nie była jednak jedynym zainteresowaniem ziemiaństwa, zajmowali się oni także literaturą i plastyką. Popularnym zajęciem było tez pisanie listów, najczęściej zajmowały się tym panie choć panowie także sięgali po pióro. Listy były źródłem informacji. Wymieniano się najnowszymi plotkami, opisywano codzienne czynności i przygody. Młode damy zajmowały się pielęgnacją roślin ozdobnych, przede wszystkim bluszczy, którymi oplatały ściany etażerek i ramki z podobiznami przyjaciółek. Każdego popołudnia pani domu zasiadała w salonie, a domownicy gromadzili się wokół niej. W salonie każdy miał swoje wyznaczone miejsce, fotel, krzesło lub podnóżek, z tym, że młodzieży nie wypadało siadać na fotelach, te przynależały się starszym osobom. Można się wtedy było oddać ulubionym „zatrudnieniom”, czy to przy stoliku do gry, czy tym do drobnych robótek ręcznych, czy przy sztalugach, czy wreszcie przy wspominanym fortepianie. Po zapadnięciu zmroku, na ogół nie od razu wnoszono światła, zwykło się mówić „uszanujmy szarą godzinę”. W takiej chwili można było oddać się bardziej poufałym rozmowom, zadumać, a niejednokrotnie przeznaczyć ten czas na odmówienie wspólnej modlitwy. Później już przy świetle, każdy powracał do swych zajęć, umilanych niejednokrotnie głośną lekturą. Cały ten porządek wolnego czasu zmieniał się, gdy w gościnne progi ziemiańskiego dworku zawitali goście. Salon jaśniał wtedy światłami, pani domu, pochłonięta była swoimi obowiązkami, aby odwiedzających odpowiednio usadowić, musiała pilnować komu przynależy się fotel, a komu tylko krzesło, musiała zadbać o odpowiedni poczęstunek i zabawienie gości.

Innym rodzajem rozrywek była tzw. siurpryza albo feta, wyprawiana na cześć kogoś z domowników. Przygotowania do niej trwały w tajemnicy niejednokrotnie przez długie tygodnie. Gdy feta była obchodzona w gronie rodzinnym była uroczystością dość skromną, fotel solenizanta przystrajano girlandami kwiatów, domownicy przychodzili z powinszowaniami. W chwilach bardzo dla kraju szczególnych, zamiast słodkich pochwał z dziecinnych ust płynęły strofy patriotycznej poezji. Czasami inscenizowano jakiś obrazek alegoryczny, albo przebierano się za kogoś lub coś na przykład jeśli solenizant był zapalonym graczem, członkowie rodziny przebierali się za karty. Bawiono się w odgadywanie szarad, a także w różne zabawy znane do dziś, jak ciuciubabka, lis i gąski, złota kula czy tzw. mączka, polegająca na tym, by zębami podnieść pierścionek położony na górze usypanej z mąki.

Innych rozrywek dostarczały oswojone zwierzęta. Trzymano pawie, sarny, daniele. Ze zwierząt pokojowych trzymano papugi, a panie lubowały się w opiece nad kanarkami. Ulubionymi jednak zwierzętami były psy, do ich hodowli przekładano dużą wagę.

Panie domu, mimo licznych obowiązków w gospodarstwie domowym miały więcej czasu niż mężczyźni, zajęci sprawami zawodowymi. Pozostały czas zajmowały wspominanymi robótkami ręcznymi, nie wypadało bowiem kobiecie siedzieć z założonymi rękami. Jeśli więc dama nie była zmuszona przez warunki materialne do szycia własnej odzieży, szyła coś dla przyjemności albo na cele dobroczynne. Wyrób tkanin do szycia należał także do kobiecego gospodarstwa, aczkolwiek w omawianym okresie ta tradycja powoli zanikała. Pani domu rozdzielała kądziel dworskim kobietom do przędzenia w izbie czeladnej w długie jesienne i zimowe wieczory. Półmrok pomieszczenia, miarowy terkot kół kołowrotków sprzyjał bajaniu i śpiewaniu. Toteż wokół prządek gromadziła się chętnie służba dworska, przemykały się rezydentki, a przede wszystkim, mimo stanowczych zakazów, zakradały się tu dzieci, dla których nastrój godzin tam spędzonych i zasłyszanych opowiadań miał nieodparty czar baśni, wspominano takie wieczory jeszcze przez długie lata. Warto w tym miejscu dodać, że różnego rodzaju szycia miały swoją odpowiednią porę i miejsce. Reperacją odzieży, szyciem bielizny pani domu zajmowała się rano w pokoju sypialnym bądź garderobie. Do salonu bądź tego pokoju, w którym gromadziła się wieczorami rodzina pani domu zabierała jakieś delikatne robótki, polegające na haftowaniu czy wyszywaniu na kanwie. Wyjątek dla szycia odzieży w salonie, stanowiły tylko momenty zrywów narodowowyzwoleńczych, gdy trzeba było szyć mundury i konfederatki dla żołnierzy.

Panowie niejednokrotnie oddawali się, mówiąc językiem współczesnym różnego rodzaju hobby. Jak choćby Stanisław Zieliński, który był zapalonym ornitologiem. Jeżdżąc po Lubelszczyźnie zgromadził ogromne zbiory ptaków. Kazimierz Lewicki był natomiast słynnym pszczelarzem. W rodzinnych Ławkach założył ogromną pasiekę, wydawał czasopismo „Pszczółka”, udoskonalił ule, w Warszawie założył muzeum pszczelarstwa i szkołę. Jego pasja doprowadziła do skrajnej ruiny majątku.

Dominika Lipska – Turystyka z Pasją

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments