W Gminie Łabunie zapłoną znicze pamięci…

0
49

Dziś, 11 kwietnia w gminie Łabunie upamiętnione zostaną Ofiary Zbrodni Katyńskiej. Organizatorzy zapraszają do uczczenia Bohaterów Zamordowanych w Katyniu, Twerze, Kuropatach i Riazaniu – Por. Tadeusza Curyłło, post. PP Włodzimierza Łunia, st. post. Wincentego Rozkresa, nauczyciela, obrońcę Lwowa Antoniego Turczyna – złożenia kwiatów i zapalenia zniczy przy Dębach Katyńskich w Łabuniach, Wólce Łabuńskiej i Wierzbiu.

Prezentujemy rozmowę przeprowadzoną w 2016 roku z córką W. Łunia.

Agnieszka Piela.: Pani Alicjo, mam takie wrażenie, że w życiu nie ma przypadkowych spotkań… 

Alicja Miller: Przypadkowe spotkania zmieniają nasze życie. Wszystko dzieje się po coś, z jakiegoś powodu. To niekończący się ciąg splotów różnych zdarzeń. Gdzieś ktoś odnotował nasze spotkanie, a życie nie lubi niedokończonych historii. 

A.P.: Historia pani Taty mogła ujrzeć światło dzienne dzięki zaangażowaniu kilku życzliwych osób. Poszukiwania Pani trwały parę chwil, a jednak musiało upłynąć tyle lat, żeby historia zatoczyła koło. Dąb Pamięci posterunkowego Włodzimierza Łunia i Jego córka w Łabuniach. 

A.M.: Za to, że mnie odnaleźliście serdecznie dziękuję. Zadaliście sobie tyle trudu. Nikt nie wie, że to dla mnie bardzo ważne. Móc być tu, gdzie dawno temu był, żył mój Tata… Wzruszenie odbiera mi słowa… wreszcie mam gdzie zapalić świeczkę… 

A.P.: Opowieść pani życia powoduje smutek… Kim był pani Tata? 

A.M.: Urodził się w Łabuniach 15 grudnia 1908 r. Syn Szymona i Marii z Gajewskich. Nic nie wiem o jego życiu czy rodzinie oprócz tego, że skończył 7 klas szkoły powszechnej i z zawodu był stolarzem. A wiem to z karty informacyjnej Ośrodka Karta. Jego rodzice pochodzili i później mieszkali w Skierbieszowie. Od 29 października 1930 r. do 21 listopada 1931 r. odbywał służbę wojskową w 2 Baonie Telegraficznym Wojska Polskiego, następnie od 22 listopada 1931 r. do 14 września 1932 r. w 6 Baonie Telegraficznym WP. Rok później, w 1933 r. dokładnie 1 października otrzymał przydział do Mostów Wielkich na kurs dla szeregowych Policji Państwowej w Normalnej Szkole Fachowej Policji Państwowej. Tam przebywał do 1 marca 1934 r. Otrzymał stopień posterunkowy. I nowy przydział do Gródka, powiat mołodecki, województwo wileńskie. Tam był tylko miesiąc i 10 kwietnia 1934 r. przeniesiono go do Rakowa, w tym samym powiecie i województwie. Blisko granicy rosyjskiej. Blisko Mińska. Dalej czytając kartę informacyjną dowiedziałam się, że Tata odbył kurs informacyjny O.P.L. gaz. w 1936 r. i 2-tygodniowy kurs narciarski dla początkujących w marcu 1937 r. W 1936 r. otrzymał pochwałę od RKW Wilno nr 315/36. Tyle wyczytałam. A.P.: W Rakowie poznał małoletnią Marię z Janczewskich… 

A.M.: Mama była siedem lat młodsza (w czasie przeprowadzania tej rozmowy miała 101 lat, niestety zmarła kilka miesięcy późnej – A.P.). Pochodziła z rodziny Ignacego i Marii z Janczewskich znanej z patriotyzmu i piłsudczykowskich tradycji. Pozwolenie na ślub od władz policyjnych uzyskali po trzech latach starań. Pobrali się 25 sierpnia 1939 r. Ich miesiąc miodowy przerwał wybuch wojny i wkroczenie Sowietów do miasta. 

A.P.: Jak wspomina ten okres Pani Mama? 

A.M.: Niemcy do Rakowa nie dotarli, ale Sowieci 17 września tak. Mama mówiła, że Tata jako posterunkowy Policji Państwowej wybiegł z domu na posterunek, aby zabezpieczyć pozostawione tam dokumenty. Na miejscu spotkał swojego komendanta Dzwonkowskiego, który w bieliźnie zbierał i palił tajne papiery, by nie wpadły w ręce wroga. Wtedy zostali aresztowani i przewieziono ich do pobliskiego Zasławia. Ignacy Janczewski wykupił zięcia z rąk NKWD za beczkę miodu i słoninę. Wtedy też pomyślał, że należy ukryć zięcia na wsi w zaprzyjaźnionym majątku, w przebraniu kobiety. Zadania podjęła się siostra mojej mamy, Jadwiga. Ojciec protestował, ale… 

A.P.: Powrócił jednak do domu, gdy dowiedział się, że jego żona jest w stanie błogosławionym. 

A.M.: Tak. Tłumaczył, że nic nie zrobił i samej żony nie zostawi. Jakiś czas faktycznie mieszkał z rodziną. Nie rzucał się w oczy, jakoś się udawało… do listopada. Kiedy to poszedł z żoną do dentysty. Zauważył tajniaka, który od kilku dni snuł się za nim. Powiedział do mojej mamy, że na pewno go niedługo zabiorą. I przyszli po niego w nocy. Dziadek mój wyśledził, że najpierw zabrali go do Mołodeczna, a stamtąd do Wilna. 

A.P.: I słuch o nim zaginął… na długie lata… 

A.M.: Mama chciała jechać za nim. Gdy się pakowała wypadł jej termos. Babcia Maria uznała to za zły znak. W grudniu 1939 r. Taty w Wilnie już nie było. 

A.P.: Sowieci nie pozostawili was w spokoju. Pani Mama będąc w siódmym miesiącu ciąży została deportowana w głąb Rosji. 

A.M.: Od 10 lutego 1940 r. zaczęły się wywózki miejscowej elity na Sybir. W marcu na zawał umarł dziadek Ignacy, a 13 kwietnia Mama została wywieziona bydlęcym wagonem. Wspominała, że leżąc na pryczy myślała tylko o mnie, o swoim dziecku. Po dwóch miesiącach dotarła do kołchozu w Anikinie w Ciurupińskim Rajonie Pawłodarskiej Obłasti w północno – wschodniej części Kazachstanu, w pobliżu granicy z Chinami. Wysadzono ich w stepie. I tam usłyszała dobrą radę, żeby każdy zadbał o siebie. Dokładnie cytuję: „Teraz sobie budujcie, co chcecie, domy, pałace, wy burżuany, takie a takie…”. 

A.P.: Jak potoczyło się wasze życie na „nieludzkiej ziemi”? 

A.M.: Mamę ze względu na jej stan zaraz przygarnęła jakaś rodzina rosyjska. Gdy polscy zesłańcy pobudowali lepianki, wtedy wyprowadziła się od nich. 15 czerwca urodziła mnie. Zaczęła pracować w kołchozie. Z trzymiesięcznym dzieckiem karmionym piersią została wysłana w step, by przyrządzać posiłki kosiarzom. Trwało to miesiąc, ale przynajmniej obie byłyśmy najedzone. Mama też była doskonałą krawcową, dorabiała sobie, szyła, przerabiała, łatała. W listopadzie 1940 r. zachorowałam na oczy. Mama udała się do lekarza w Bogusławce. 15 kilometrów pieszej wędrówki z dzieckiem na rękach. Tam lekarz zdiagnozował u mnie jaglicę i zaopatrzył mamę w lekarstwa. Pamiętam warunki, w jakich przyszło nam żyć. Lepianka, w niej cztery prycze, na każdej jedna rodzina. Przy pryczy wgłębienie, coś na kształt piwniczki, a w nim żelazne zapasy żywności. Kartofle, cebula i ziarna zbóż. I wycie wilków pamiętam. Mama wysyłana była do szałasu w stepie, aby pilnować owiec. Byłam tam z nią. A zimą po całym dniu pracy przynosiła kawałek zamarzniętego chleba mówiąc, że dał go jej zajączek jako prezent dla mnie. Mama moja była szwaczką, praczką i stróżem nocnym przy młynie. Chciała też przedostać się do Andersa, ale za późno się o tej szansie dowiedziała. Nieludzka ziemia i nieludzkie warunki. 

A.P.: Sześć lat czekałyście na powrót i wreszcie… 

A.M.: Podróż do Polski ciągnęła się w nieskończoność. Pociąg jechał powoli. Dwa razy po drodze urządzali nam łaźnie, aby pozbyć się wszy i brudu. Pamiętam rozpacz kobiety, której syn utopił się podczas postoju w jakiejś rzece. Dosłownie rwała włosy z głowy, bo jej 18 letni syn przetrwał prawdziwą katorgę i nie doczekał się powrotu do Polski. Trafiłyśmy do Szczecina, potem do Gryfic, ale mamę ciągnęło do swojej siostry Jadwigi, która zamieszkała z rodziną w Białkowie w woj. zielonogórskim. Najpierw mieszkałyśmy z rodziną, potem otrzymałyśmy domek z hektarowym ogrodem. 

A.P.: Kiedy Pani zaczęła doskwierać tęsknota za Tatą? 

A.M.: Życie nam się stabilizowało i wtedy właśnie zaczęłam tęsknić… Pytałam, czekałam… Godzinami potrafiłam wysiadywać na białych słupkach przy drodze prowadzącej do Białkowa i wypatrywałam ojca. Mama mówiła, że może ojca nie zastrzelili, może uciekł, może do Andersa… W każdym bądź razie, mówiła, jeśli tylko żyje to nas odnajdzie. I ja w to wierzyłam! Pytałam napotkanych ludzi czy nie widzieli mężczyzny idącego w stronę Białkowa… 

A.P.: Poszukiwania Taty zaczęła Pani na poważnie mając 21 lat. 

A.M.: Napisałam do Genewy do Czerwonego Krzyża. Dość szybko przyszła odpowiedź: nie figuruje w rejestrach… 

A.P.: Pamięta Pani okoliczności zetknięcia się z tzw. „listą katyńską”? 

A.M.: To było w Rzymie, w połowie lat 70. Spędzałam tam wakacje z mężem, kapitanem żeglugi wielkiej. Był tam jakiś Polak, który miał listę, ale taty na niej nie było. Razem z mamą chłonęłyśmy wszystko w nadziei, że gdzieś napotkamy na ślad ojca. Potem dotarłam do dokumentów w Ośrodku Karta, karty informacyjne, całe 4 strony. Ale wreszcie czegokolwiek się dowiedziałam! Niestety, nie tego co się z nim działo po aresztowaniu. Nikt nie umiał mi pomóc. Ambasady, Czerwony Krzyż, IPN, Wyższa Szkoła Policji… Przepadł jak kamień w wodę. 

A.P.: Aż wreszcie po 74 latach… 

A.M.: 5 marca 2013 r. o jakże znacząca data! Zadzwoniła do mnie przyjaciółka z Wrocławia czy czytałam już „Nasz Dziennik”. Tam ukazała się notatka: „56. Łuń Włodzimierz, o. Szymon, m. Maria, ur. 15.12.1908 r. w Łabuniach, pow. Zamość, aresztowany w listopadzie 1939 r., więzienie Mołodeczno, więzienie Wilno, wywieziony z Czerwienia 9 maja 1940 r. przez 226. pułk, do Mińska trafił 9 maja 1940 r.” Po tylu latach… Przez trzy dni płakałam, na szczęście mama przyjęła to spokojniej. Obecność na „liście śmierci” nie daje pewności, że ojciec został zamordowany, ale przyjęłam, że 9 maja to dzień śmierci mojego taty. Zapytałam panią redaktor Zechenter, gdzie mogłabym pojechać i zapalić ojcu świeczkę? Odpowiedziała, że w Kuropatach koło Mińska są zbiorowe mogiły… 

A.P.: W tym roku usłyszała Pani znów o swoim Tacie. Zapytała o niego sołtyska Zalesia pani Ewa Molenda – Stroińska… 

A.M.: Byłam w szoku! Skąd ona wie? Potem przekazała mi numer telefonu do Pani i oto jestem, rozmawiamy. Dziękuję za bardzo miłe przyjęcie mnie na Łabuńskiej Ziemi. Wszystkim zaangażowanym w organizację i pomysł posadzenia Dębów Pamięci dziękuję. Pozdrawiam tych wszystkich, z którymi dane mi było się spotkać i porozmawiać. Bardzo mile wspominam tych kilka chwil! 

A.P.: Ma Pani gdzie wracać… Dziękuję Pani Alicjo. Życzymy zdrowia! I mamy nadzieję do zobaczenia! 

A.M.: Proszę was tylko o pamięć i zapalanie od czasu do czasu znicza. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam! 

rozmawiała: Agnieszka Piela

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here