Maria Dąbrowska w Gdeszynie

0
295
reklama Wybory Zawiślak

Po „Djabło” śliskim błocie, czyli Marii Dąbrowskiej wędrówka przez Gdeszyn

Wspomniana w poprzednim numerze (19/195 wydanie Nowego Kuriera zamojskiego z 7 maja 2019) wizyta Marii Dąbrowskiej w Gdeszynie ma swoje potwierdzenie nie tylko na granitowej tablicy, ale również w tygodniku „czarno na białem” z 22 maja 1938 roku, rok II, nr 21(47) i numerze kolejnym z 29 maja, w których zamieszczono relację z tejże w materiale zatytułowanym: „Cztery dni w Lubelszczyźnie”.  

„Wieś nasza przedstawia pod każdym względem tak wielką różnorodność, że obrazów jej życia może być mnóstwo i każdy będzie prawdziwy, byle nie podawać go za prawdę ogólną i powszechną. (…) 

Wędrówkę zaczynamy od wsi Gdeszyn powiatu hrubieszowskiego. Właściwa tym stronom świetna klinkierowa szosa kończy się na kilka kilometrów przed wsią. Robota nad dalszym odcinkiem bitej drogi — u pełnym toku. Z rozkopanego traktu okręcamy na polne dróżki, wzbijające się w górę i spadające w płytkie jary. Prosty chłopski wózek, zaprzężony w rwące spaśne koniki, mknie po twardym gruncie z łoskotem palby. Zimna kwietniowa pogoda. Dochodzi południe, ale na niebie ciemno, będzie niebawem padać. Sine tło chmur uwydatnia świetlistość nabrzmiewających pąków i z trudem rozwijającej się skąpej zieleni. Drzewka nowych sadów, niektóre jeszcze przy palikach, kreskują gęsto wesołą przestrzeń pól, zoranych pod jarzynę lub okrytych tęgą runią ozimin. Chaty bielone z szafirkiem na odcień przylaszczki albo modraka wszystkie prawie są pod strzechami, ale co to za strzechy! Strzechy tłustych i żyznych gleb, grubo nakładane i akuratnie szyte ze zdrowej mocnej słomy wyprawionej przez deszcz i słońce, że błyszczą jak szary jedwab. Do każdej chaty wiedzie ścieżka, sadzona liliami, przed każdą bzy lub jabłonki, między któremi zaczynają już rosnąć piwonje i orliki. To wpływy chłopskiej kultury ukraińskiej, dbającej oto, aby wpierw drzewa sadzić i krzewy, a potem dom budować. Inne zaś wpływy, z mechanicznej cywilizacji zachodu nadciągające, sprawiły że nad dziedzińcem każdej prawie sadyby sterczą dwa maszty: piorunochronu i anteny radiowej. Rozrzucenie siedzib świadczy, że jesteśmy na terenach dawnej parcelacji lub komasacji. 

Zatrzymujemy się przed mleczarnią spółdzielczą, która się mieści w dawnym budynku folwarcznym byłego majątku Gdeszyn. Liczy 400 członków i ma 4 filje. Pracuje motorem, a po żmudnym okresie kryzysu znajduje się dziś w stanie świeżego, stanowczego rozwoju. Obok mleczarni w temże obszernem domostwie pracuje piekarnia spółdzielcza, mająca 109 członków zarówno z kolonji, jak ze starej wsi Gdeszyn. Piekarnia przyjmuje zboże, a wydaje chleb (wyłącznie żytni, nawet w pszennych okolicach kraju najchętniej przez naszą wieś jadany). Kilo chleba za kilo zboża. Nadpiek idzie na koszty utrzymania i prowadzenia piekarni, która pracuje wyłącznie dla członków, zastępując im wypiek domowy i stanowiąc zarazem pewnego rodzaju czynnik emancypacji kobiet wiejskich z pod nadmiernego ciężaru wyłącznie fizycznej pracy domowej. Że tego rodzaju ulżenie pracy kobiet może być odczuwane jako dobrodziejstwo, świadczy o tym stosunek ludności Gdeszyna do piekarni, która będąc założoną przy pięćdziesięciu członkach, w ciągu roku niespełna podwoiła z nawiązką liczbę stowarzyszonych. 

Kolonia Gdeszyn powstała z parcelacji prywatnej w r. 1919. Liczy zgórą 1000 morgów obszaru, na którym osiadło 67 gospodarzy. (Wszystkie liczby w niniejszym szkicu podane pochodzą z roku 1937-go, gdyż wycieczkę tę odbyłam akuratnie rok temu. M. D.) Przeciętna wielkość posiadłości wynosi 20 morgów. Jest jednak sporo gospodarstw karłowatych, a kilka 40 – 60-morgowych. Prócz mleczarni i piekarni spółdzielczej znajdziemy tu wszystkie rodzaje aktualnych obecnie na wsi zrzeszeń kulturalnych i politycznych. Jest ich nawet jakby cokolwiek za dużo i w prawdziwym byłabym kłopocie, gdyby mi przyszło wnioskować o ich żywotności lub ich pożytku z punktu widzenia rzeczywistych interesów kultury chłopskiej. Ma się rozumieć jest i straż ogniowa, są też dwie biblioteczki, należące do Koła Gospodyń i Kółka Rolniczego, liczące około 160 tomów. Gdeszyn prenumeruje 150 egzemplarzy pism, przeważnie tygodników rolniczo-gospodarczych albo politycznych, takich jak „Zielony Sztandar”, „Wici”, „Piast”, „Siew Młodej Wsi”, „Mały Dziennik” itp. Istnieje również i sklep spółdzielni spożywców „Zgoda”, znajduje się on jednak nie w kolonji Gdeszyńskiej, lecz w starej wsi Gdeszynie. Chciałabym pójść go zobaczyć, ale nim zdążyliśmy zwiedzić mleczarnię i piekarnię, zaczęło lać, jakby się chmura oberwała. Trudna rada, trzeba deszcz przegawędzić. Nastręcza się sprawa mniejszości narodowej, która tu większość stanowi, boć stary Gdeszyn jest w 90% rusińsko-ukraiński, czyli jak tutaj mówią – prawosławny. Ciężka to sprawa, jeden z wilczych dołów polskiej myśli. Strach prawie zaczynać rozmowę na ten temat, spowijany w tak wiele kłamstw, skażony tylu jadami. Każda wypowiedź może się tu spotkać z wybuchem niepoczytalnych namiętności, za każdy pogląd można być odsądzonym od czci i wiary. W najlepszym razie ludzie stają się ostrożni, skąpi w ledwo cedzone słowa, niepewni, jakby nagle popadli w noc, śród której trzeba się ruszać po omacku. A najczęściej tak mało wie się o tych rzeczach, jakby szło nie o sąsiadów i współziomków, lecz o najbardziej niedostępne tajemnice życia na tamtym świecie. Bo też dla większości Polaków życie ukraińskie jest w samej rzeczy tajemniczą obcością. Odgrodziliśmy się od niego bierną i defensywną, stosowną dla czasów niewoli, koncepcją „obrony polskiego stanu posiadania”, chociaż z punktu widzenia państwa polskiego wszystkie stany posiadania, w jego granicach się znajdujące, są polskim stanem posiadania. Odgrodziliśmy się nie tylko sami, ale i to życie ukraińskie skazujemy na wredne odosobnienie, a potem dziwimy się, że wyrasta dla nas w matecznik, w którym wilkołaki się lęgną. Te refleksje nie są zresztą, dzięki Bogu, na miejscu w rozmowie z osadnikami kolonji Gdeszyn i z moimi towarzyszami podróży. W tutejszej Organizacji Gospodarstw Przykładowych i w chłopskich spółdzielniach Lubelszczyzny możność współpracy z ludnością rusińską jest zasadniczo otwarta. W wyborze pociąganego do roboty materjału ludzkiego nie robi się żadnej różnicy. Obowiązuje tylko prawość nieposzlakowanego charakteru, jako podstawa, z której musi wynikać właściwy i lojalny stosunek do każdego zagadnienia. „Dążąc do opłacalności rolnictwa w Polsce, musimy nadawać pracy naszej cechę jak największej powszechności” – mówi p. Konopacki. – „Polacy o wszelkich zabarwieniach politycznych, Ukraińcy, Niemcy nawet stają tu razem do roboty. Chcemy jednak, żeby kultura szła na mieszaną okolicę z rąk polskich. I to jest punkt widzenia, przy którym obstajemy” – dodaje p. inspektor, patrząc na nas bacznie i serjo. Mimo tak słuszne w mojej pojęciu stawianie sprawy, Ukraińcy bardzo mało jeszcze pracy w organizację gospodarstw przykładowych wkładają i słabo korzystają z jej dobrodziejstw. A wynika to z układu stosunków. Bo gospodarstwa przykładowe mogą być tworzone tylko na obszarach bez szachownicy. Więc albo na kolonjach, powstałych z niedawnej parcelacji, albo na wsiach świeżo skomasowanych. Na takich zaś obszarach siedzą prawie wyłącznie Polacy, bo i komasowane są przede wszystkim wsie polskie. Więc choć zasadniczo Ukraińcy nie są wyłączeni, w praktyce może być mowa o udziale jedynie wyjątków. Przyczem wyjątków cenionych, gdyż Ukraińcy przypadkowo na polskich koloniach osiadli, zaznaczają się jako wyborny czynnik postępu gospodarczego. Na Kolonii Gdeszyńskiej znajduje się 24 gospodarstw wzorowych, zorganizowani więc „przykładowcy” stanowią przeszło trzecią część ogólnej liczby gospodarzy. Całkiem zaś realne promieniowanie ich kulturalnych osiągnięć objęło już wszystkich mieszkających tu rolników. Mamy odwiedzić około dziesięciu gospodarzy, lecz okazuje się, że wielu z nich nie ma w domu, pojechali na „spęd bekonowy” do Werbkowic. Zresztą wzmagająca się ulewa wciąż nie pozwala nam wyjść. (…)

Teraz chcielibyśmy conajprędzej zobaczyć, jak to wszystko wygląda w życiu, ale na dworze ciągle pada. Ulewa przeobraziła się w drobny, rzęsisty deszcz, widoki na rozpogodzenie się znikły. Jeszcze trochę czekamy, a w końcu, jak bywa, że człowiek musi, choć mu się długo zdawało, że nie może, wychodzimy pomimo słoty. Błoto niezmiernie tłustej i razem wapnistej ziemi śliskie tu jest jak lód i chodzić po niem umieją chyba tylko ci, co się tu porodzili. Wyznaję, że tak śliskiego błota jeszczem nigdy nie zaznała, chociaż znam różne polskie błota. Przejście tego pół kilometra, który mieliśmy do zrobienia, wymagało prawie akrobatycznych umiejętności. Ale na koniec dostaliśmy się w czyste (o ile może być coś czystem na wsi w taką pogodę) i zasobne obejście 19-morgowego włościanina. Gospodarza zastajemy w oborze. Tam też wchodzimy i szczęśliwi, że stoimy pod dachem, nie ruszamy się dalej. Obora mnie olśniła. Za czasów mego dzieciństwa rzadko który dwór (przynajmniej w byłej Kongresówce) miewał ją tak wyglądającą. Sześć krów czerwonej polskiej rasy, dwie jałówki i cielę stoją w pomieszczeniu czystem i widnem. Okna pootwierane, ściany bielone, przejścia czyste i suche, nad każdym żłobem tabliczki z informacjami dotyczącymi danej sztuki, a wymaganemi przez kontrolę obór. Przeciętna produkcja mleka – 2,300 litrów od krowy rocznie, z czego 70% odstawia się do mleczarni, resztę spożywa dom. Gospodarstwo dostarcza nadto 10 sztuk bekonów i dwa tuczniki rocznie na rynek zagraniczny i krajowy. Po pewnym czasie zjawia się w oborze gospodyni i wtajemnicza nas w swój dział pracy. Hoduje gniazdo zielononóżek, złożone z 40 kur i 3 kogutów. Prowadzi kontrolę nośności i chwali się „rekordzistką”, która dała w ubiegłym roku 209 jaj. Przeciętna nośność 120 od kury. Połowa idzie na dom, złożony z 12 osób (ośmioro rodziny, dwoje służby i dwu stołowników-instruktorów). Drugą połowę odstawia się do okręgowej zbiornicy jaj. Z powodu spóźnionej pory nie możemy już przyjąć zaproszenia do chaty. Mimochodem spoglądamy na piękny sad i pasiekę, złożoną z 20 uli i moknąc tyleż, co potniejąc z wysiłku na djabło śliskim błocie, zdążamy do następnego gospodarza, który jednak nie jest następnym, lecz odległym o blisko kilometr drogi. Na szczęście połowę tej drogi odbywamy na przełaj po łące. Kląska pod stopą i trzeba skakać przez rowy, ale przynajmniej nie jest się jak na ślizgawce bez łyżew. Przychodzimy – bardzo ładna sadyba, tylko deszcz tak znów leje, że nic już nie można oglądać. Zasiadamy w świetlicy pod pysznie aż do sufitu rozrośniętemi fikusami i już wyłącznie z rozmowy dowiadujemy się o stanie gospodarstwa. Właściciel, młody jeszcze człowiek, jest rekonwalescentem po ciężkiej operacji. Ma cichą, jakby daleką twarz ludzi, co wywinęli się śmierci i jeszcze pamiętają jej tchnienie. Mówi z częstymi zamyśleniami, trzymając wciąż przy sobie małego synka jedynaka. Żona nie towarzyszy nam, wita się tylko i żegna. 

Gospodarstwo posiada 24 morgi gruntu, 5 krów, 2 jałówki, dwoje cieląt, 2 konie, 45 kur i 10 sztuk innego drobiu. Dostarcza na rynek 45 kw. pszenicy, 14 do 20 bekonów, 2 tuczniki, około 5,000 litrów mleka i około 2,600 jaj rocznie. Składa się z trzech osób rodziny, praktykanta i dwojga służby. Parobek i dziewczyna pobierają prócz mieszkania i pełnego utrzymania po 120 zł rocznie. Praktykant – utrzymanie i 12 zł. miesięcznie latem, a 10 zimą. Pytamy, jakie są niezałatwione, a najbardziej palące potrzeby wsi i kolonii. Gospodarz się ożywia. Potrzebne byłoby jeszcze niejedno, lecz nade wszystko – dobra droga, łaźnia, kasa Stefczyka i organizacja pomocy lekarskiej. (…) Już o zmroku brniemy bez końca z powrotem do miejsca, skądeśmy przyszli, do siedziby „rejonu”. Wkrótce znowu przeczekujemy deszcz w mieszczącym się za mleczarnią Kole Gospodyń, gdzie nas częstują wieczerzą. Wszyscy ubolewają, że deszcz nie pozwolił nam w pełni ocenić i poznać Gdeszyna. Dobra to wieś mówią – trzeźwa, nie znająca pijatyk ani krwawych rozpraw, garnąca się do kultury, żądna lepszego bytu we wszystkich ludzkich dziedzinach. Niekiedy ktoś przerywa i ogłasza: – Zdaje się, że przestało padać. Istotnie szum deszczu za ścianami przycicha czasem, jakby gorączkowo czynna przyroda zadrzemała raptownie. My też cichniemy wtedy, rzekłbyś, bojąc się zbudzić przyśnięte licho. Niebawem jednak nowy deszcz spada od razu głośnym i twardym szumem. Tak tedy czas upływa, deszcz nie ustaje, musimy w końcu jechać.” 

Maria Dąbrowska 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here